Taaakkk...Po upojnym weekendzie zaczął się tydzień, kolejny... co nam przyniesie???
W sobotę ze zwykłego zlotu czarownic-przyjaciółek zrobiła się impreza karnawałowa. Mężowie, dzieci, koty, psy itp. Matka nie przewidziała, że może być tak fajnie
. Ubrała się w kreacje blisko ciała ( bo ma go teraz 17 kg mniej), oko zrobiła na kocie, brzuch wciągnęła, pierś wypięła, spryskała się litrem wody toaletowej i była gotowa. Prowiant suchy został wcześniej zakupiony po jeszcze wcześniejszych uzgodnieniach dotyczących ilości i marki tegoż też towaru. Zawitaliśmy w skromnych progach H. coś kole piątej. Dziecięta się znają i lubią, więc język wspólny odnajdują i się oddalić potrafią oddając swe umysły i ciała wspaniałej zabawie. Biesiadowaliśmy po późnej nocy, i była karkóweczka z grilla, i zapiekane warzywa, i sosik tatarski, i ciasta wszelakie, i dipy, i warzywka - człek głodny nie chodził. Coś dla duszy? A jakże polki, mazurki i oberki... aż szkoda że się skończyło, że ten weekend taki krótki.
Nie obyło się jednak bez atrakcji. Przecież było by nudno
. Dziecię moje pierworodne podczas pierwszej fazy snu doznało urazu stawu łokciowego lewego. Dziwne jak można spać skacząc po łóżku. Wygladało niegroźnie, niemniej jednak matce zapaliła się lampka, że do szpitala trza jechać. Po wstępnych oględzinach wszystkich ekspertów postanowiliśmy przeczekać noc, oby do rana. Dziecię snem kamiennym usnęło, matka przemyślała. Jedziemy. Padło na MTS. Pojechał grzecznie ok. 13tej czasu niedzielnego - no normalnie polecam - środek zimy, niedziela popołudniu, izba przyjęć szpitala miejskiego. Można zakwitnąć, można korzenie zapuścić, można doznać zatrucia alkoholowego od współtowarzyszy niedoli. Po 3 h stania i czekania MTS wymiękł: „Czy mogłabyś przyjechać? Głodny jestem.. Nogi mnie bolą. Weź samochód i przyjedź! Co nie możesz?" Poirytowanie narastało. Na popołudniowej zmianie matki dziecię nagle cudownie przyjęto. Okazało się, że zwyczajne nadwyrężenie. Łot co... Matka ma czyste sumienie, a dziecko hipochondrię dziedziczoną genetycznie...
Na siostrzaną pomoc można zawsze liczyć, nie zawsze o czasie. Nasz suczka została w domu podczas imprezy wyjazdowej, myśleliśmy o sielskim pobycie na wsi, przy minus 15 St., jednak po raz kolejny matkę sumienie szarpnęło. Suczkę zostawi się w domu, sis pieska weźmie na spacerek. Przyjedzie ok. 10tej. Weźmie na długi spacer, nie się psina wybiega. Zdążyliśmy wrócić, się rozpakować, kawę wypić, do szpitala się wybrać, zalec na kanapie celem odpoczynku. Chwytam za telefon, co by sis podziękować za takie poświęcenie. Psina smutno patrzy i błagalny wzrokiem prosi wyjdź ze mną na spacer. PROSZĘ CIĘ!!!. "Eeeee właśnie wstałam, bardzo Cię przepraszam, zaraz przyjdę i wyprowadzę Fionkę..." 13:49. No comments.
Z zanotowanych dzisiejszych przypadków dodam, że:
- córa nie potrafi nosić tornistra (bo uraz), nie może się ubierać i rozbierać ( bo uraz), nie może zapiąć kozaków (bo uraz)... jak ona będzie jadła???
- syn ma bal karnawałowy, strój Indianina, 3 x zmieniał zdanie, czy się przebierze przed śniadaniem czy nie, kreski wojenne za chude, za grube, w sali wszyscy koledzy jeszcze w cywilu, on chce się przebrać, ojciec uciekł, nawet MTS miał dość.
Nie cierpię poniedziałków.
działo się działo, a matka nic nie zapisała.
Zacznijmy jednak od początku. Sylwestrowo było, oj nawet bardzo. I nie "ą- ę" bynajmnie, bułkę przez bibułkę... tylko sielsko w Koziej Wólce, u G. 31.12. dostaliśmy tel. popołudniu, czy byśmy nie przyjechali. Każdy miał wziąć ze sobą coś do żarcia i do picia. Impra się udała, dzieciatka poległy w łóżkach coś kole czwartej, matka nieco póżniej :))
Od 04.01. kierat szkolno-domowo-przedszkolnym. Ortodonta, alergolog, takie tam - standarcik.
15.01. ferie zimowe. jak się okazało MTS ma 9 dni zaległego urlopu. Zaległ więc w domu i dzierżył wartę przy ognisku domowym. Także JA po prostu wstawałam rano, po 30 min. pobytu w przybytku zwanym łazienką zdawałam się być boska, biegłam na spacerek z psiną i nawet zadowolona wsiadałam do mojego rolls roys'a i mknęłam do pracy z niczym nie zmęconą myślą o spokojnej pracy (ale jak to zwyczaj bywa, bywało różnie). Nie interesowało mnie w co potomstwo się ubierze, o której wstanie, czy zje czy nie zje, jakie bedzie miało humory... Nie moja broszka. Jak dla mnie rewelacja. Timing mnie wykańcza:)))
Ale ferie się skończyły. Do roboty z całym ekwipunkiem. 6:00 rano pobudka, potem poprawianie ideału, 6: 35 śniadam, potem dziecięta, pobudzić do życia, co by w "stand by" nie weszły i heja... Auto nie odpaliło, akumukator się wziął i rozładował. MTS mnie zawozi do pracy. Śmierdzę fajkami - "już zdążyłaś zajarać? następnym razem pojedziesz autobusem" No comments - w tle leci "nasza" piosenka U2 "with or without you". Nasze milczenie jest bardzo wymowne...
Nie cierpię poniedziałków.
Bodajże przedwczoraj wieczorem próbowałam wrzucić syna do wanny celem wieczornych ablucji, co by mu brud odpadł, ale ni jak nie dało się go nakłonić. Nawet bajką o muchach, co będą za nim latały. "Mamy okna zamknięte, żadna mucha nie wleci..." odparował. Ja mu na to, że mamy kratki wentylacyjne...
Ale mniejsza oto. Dotarło do mnie, że żaden ze mnie dyplomata i sama przepadłam w pianie nikomu nic nie mówiąc. A że pora była późna, naprawdę mało mnie już obchodziło, czy Sanepid stan jakościowy potomstwa zaakceptuje. Oczywiście jak grzyby po deszczu wyrosły małe ludki. "Mamo mogę się z tobą kąpać, plis plis (x 1000 razy)?" - "Właź" nieświadoma własnych decyzji oddawałam się kąpieli 1+1. "A ja to co?" masz babo placek, lepiej masz matko 2 dzieci. Córa juz, prawie, zaraz, za moment miała w płacz uderzyć, kiedy się dowiedziała, że matka jej do wanny nie zaprosi, bo miejsca brak. Ot bardzo prozaiczny powód. W mokrym miejscu trochę wyschło jak się dziecię dowiedziało, że na następny dzień urządzimy sobie babski wieczór. "Taki z maseczką na twarzy i ogórkami na oczach, i świeczki?" rozmarzyło się dziecię. Wspaniałomyślnie się zgodziłam, co by mieć konflikt zażegnany.
Wczoraj zatem, kole 19tej zasiadłam w pianie z córą. wokół mrok, ale 4 świeczki jak najbardziej rozjaśniały pokątnie pomieszczenie. Delektując się błoga ciszą sączyłyśmy wodę z cytrynką zapodaną przez syna-kelnera. Maseczki i ogórki nie znalazły zastosowania, po tym jak syn ogłosił strajk głodowy, że on chce też do wanny. Magia wzięła w łeb. Przy akompaniamencie plisów syna i za żadne skarbu nie wpuszczaj go do wanny córki spędziłam 30 minut. Było bardzo rodzinnie.
Polecam - wrażenia bezcenne.
Dziecię starsze juz w domu z siostrą-opiekunką-ostatnią, bo świetlice musieli, już, zaraz, od razu zamknąć o godz. 12:00. Dziecię ma wolne, tzn. ma już przerwę świąteczną. Młodsze szoruje jeszcze po dywanie w przedszkolu po wirtualnych torach nowym, zrobionym z 3 klocków pojeździe kosmicznym o pewnej wdzięcznej nazwie. Da radę, oby do obiadu, potem wróci na łono rodziny. Córa zdążyła w tzw. międzyczaise pół osiedla zaprosić na herbatę, z realcji siostry-opiekunki wynika, że w planach mają jeszcze bobsleje. Taak śniegu ci u nas dostatek.
A ja dogorywam w pracy. Smętnie się zrobiło telefony milczą. Wszyscy są zajęci sobą i świętami. Udziela mi się atmosfera, nie powiem, widać to po portfelu, a właściwie po jego przepastnych czeluściach. Plum, plum... zero. Wycyckałam sie na maksiorka. Ale prezenty są... popakowane i skrzętnie schowane. Niezłe przedstawiebnie trzeba robić kiedy to dziecięta żądają sanek udając się do piwnicy, gdzie właśnie te dary zawinięte bardzo znacząco z metką dla kogo leża na półkach vis-a-vis wejścia do piwnicy. Że też musiało tyle sniegu napadać.
Wigilię spędzamy u teściów, tzw. nocleg ze śniadaniem. Wszem i wobec ogłaszam, że dietę zawiesiłam na kołku, biorę się ostro do roboty od Nowego Roku, tj. od 02.01.2010 tak w ramach uściśnienia. Moich rodziców odwiedzimy jakoś takoś w weekend zabierajac po drodze do domu siostrę-opiekunkę, co by mi się dziećmi zajęła, bo do pracy muszę iść po świętach.
W sumie to nie wiem, bo mogę wziąć wolne, ale tu będzie Sodoma i Gomora, jak nie wrócę, co by to wszystko ogarnąć. Trochę mi to zakrawa na pracoholizm, ale ?????
Pozazdrościłam dziecięciu i zapragnęłam się odrutować w celach czysto kosmetycznych. Stara doopka jestem, więc się bałam, że może trochę za późno. Ale zasięgnełam języka tu i ówdzie, konsultacji medycznych odbyłam kilka i padła decyzja. Nie taki aparat straszny jak go malują, pomyślałam sobie. Zapożyczyłam się na amen. Teraz to tylko zęby w ścianę i chleb ze smalcem.
Ustrojstwo w gebie już posiadam, z tydzień zleci. Maskrator. Bolało nieziemsko, teraz lekko się już przyzwyczaiłam. Wytrzymuję. Niestety spożywanie pokarmów stało się męką. Zanikła mi zdolność przeżuwania i połykania treści pokarmowej ze względu na wysoki stopień skomplikowania ustrojstwa. Wymowa też mi się pogorszyła, już nie strzelam jak z armaty. Mówię wolno, niewyraźnie, soczyście, seplenię i pluję.
Już możecie mi zadrościć.
wtorek, 9 lutego 2010
Licznik odwiedzin: 3832
"Mam z wami 3 Światy i pół Ameryki..." tak mawiała moja mama, kiedy brakowało jej już słów na mnie i mojego brata... Czasami też tak mam, ale tylko czasami :) Mama Sp. z o. o. Prezes Zarządu, wspól...
więcej..."Mam z wami 3 Światy i pół Ameryki..." tak mawiała moja mama, kiedy brakowało jej już słów na mnie i mojego brata... Czasami też tak mam, ale tylko czasami :) Mama Sp. z o. o. Prezes Zarządu, wspólnik i udziałowiec w jednym. Bez prawa do uropu wypoczynkowego i zasiłku chorobowego, za to pracująca w pełnym wymiarze godzin plus bywa i tak, że nadgodziny, nie zawsze sowicie wynagradzana. A gdzie premia?
schowaj...